Michał Beim, Bogusz Modrzewski, Adam Radzimski (2010): Czy przestrzeń publiczna jest jeszcze potrzebna? Międzynarodowy Przegląd Polityczny, nr 25, s. 78-86. dr Michał Beim dr inż. arch. Bogusz Modrzewski dr Adam Radzimski Czy przestrzeń publiczna jest jeszcze potrzebna? Mający miejsce w Poznaniu III Kongres Urbanistyki Polskiej, którego owocem było przyjęcie dość ogólnikowej „Karty przestrzeni publicznej” skłania do smutnej refleksji nad obecną i przyszłą kondycją przestrzeni publicznej w polskich aglomeracjach. W klasycznej i najbardziej humanistycznej wersji zachodniej urbanistyki, przestrzeń publiczna to najważniejsza wartość dodana - esencja „miejskości” i spoiwo obywatelskiego życia mieszczan. Dokąd zatem zmierzają polskie miasta, skoro przestrzeń ta pozostaje dziś jedynie drogim lub kłopotliwym dodatkiem do miasta? Dlaczego w Polsce nie istnieje urbanistyka, jako kompleksowa i przede wszystkim stosowana wiedza o mieście i jego mieszkańcach? Dlaczego dziedzina ta w najlepszym wypadku, nawet przez środowiska projektowe i akademickie, jest zawężona (mimo świetnego dorobku polskiej myśli urbanistycznej) do sztuki rozstawienia na papierze kilkudziesięciu domków na podmiejskich osiedlach bez jakiejkolwiek infrastruktury, bądź do czysto akademickich rozważań, które twardo weryfikuje deweloperska rzeczywistość, lub urzędnicza wizja jedynie słusznych rozwiązań? Na początku należy może postawić jeszcze bardziej przewrotne pytanie: czy klasyczny model urbanistyki zachodniej, w którym kluczową rolę odgrywała świetna przestrzeń publiczna, a zwłaszcza najważniejsze miejsca spotkań – forum, agora, jest jeszcze potrzebny i aktualny? Przecież właśnie po to miasta powstawały – jako miejsca spotkań! Jak w rękawie Analiza wzorców kulturowych, informacje w publikatorach, prasa naukowa czy rozmowy osobiste pozwalają na odtworzenie ideału przestrzeni miejskiej polskiej klasy średniej – klienta o największym wpływie na kształtowanie i funkcjonowanie miasta jako produktu. Dla zdecydowanej większości młodych, żyjących samotnie, wykształconych i dobrze zarabiających osób idealnym miejscem zamieszkania jest zamknięte i strzeżone osiedle. Dla tych posiadających rodziny – domek na przedmieściach z ogródkiem, po którym radośnie hasa labradorek. Różnice pomiędzy grupą singli oraz grupą osób posiadających rodziny w tym miejscu się kończą. W niemal niezauważalny sposób, w ciągu kilkunastu lat jedynym sposobem na przemieszczanie się po mieście stał się własny samochód. Któż w Polsce wpadnie na pomysł, że to właśnie dzięki planowaniu przestrzennemu, a właściwie na skutek jego braku, nowopowstające osiedla nie mają żadnego związku z komunikacją publiczną! Z samochodu korzysta się często niezależnie od rzeczywistych potrzeb transportowych, bo „jakże można być szczęśliwą singielką nie mając auta?”, albo też „jak będą czuły się dzieci odwożone do szkoły autobusem?”. Jeśli zakupy, to tylko w centrach handlowych, gdzie można zaparkować na dogodnym, najlepiej zadaszonym parkingu. To właśnie garaże podziemne czy strzeżone parkingi są najlepszą wizytówką nowoczesnych centrów biurowych. Zaspokajanie potrzeb wyższego rzędu odbywa się zresztą w podobny sposób: dojechać jak najbliżej i przemknąć do obiektu (kina, teatru, opery, klubu). Co więcej, popularnością polskich yuppies cieszą się te kościoły, przed którymi można zaparkować. Czy parking urasta do miana najbardziej charakterystycznego elementu otwartej przestrzeni publicznej? Dotychczasowe funkcje przestrzeni publicznej zawłaszcza przestrzeń prywatna. Wielkopowierzchniowe centra handlowe nie są bynajmniej przestrzenią publiczną, lecz prywatną właśnie, gdyż nie są ogólnodostępne dla wszystkich użytkowników na równych warunkach. Stanowią pewien substytut przestrzeni publicznej, lecz jest to substytut niedoskonały – coś na wzór wyrobów czekoladopodobnych. Wielkopowierzchniowe centra handlowe nie wnoszą właściwie nic wartościowego do przestrzeni miejskiej, a przy tym generują dla otoczeni nowe problemy, m.in.