61 Radoslaw Palonka M I Ę D Z Y Ś W I A T A M I Historia Indian Ameryki Północnej jest o wiele bardziej złożona i barwna, niż mogłoby się wydawać. Jak dawniej wyglądało życie rdzennych mieszkańców tego kontynentu, jeszcze przed przybyciem Europejczyków? I czy dzisiejsi Indianie wciąż mają łączność z tradycją? prawie 3 mln pełnej krwi Indian. To przynajmniej 1,7% amerykańskiego społeczeństwa. Rdzenni Amerykanie należą aż do 570 plemion uznawa- nych przez rząd federalny oraz Biu- ro ds. Indian. O tym, że nie jest to kultura jed- norodna, świadczy dodatkowo fakt, że mianem ludów tubylczych określa się zarówno samych Indian, jak i Inuitów (kiedyś powszechnie, choć błędnie nazywanych Eskimo- sami) oraz Aleutów. Te dwa ostat- nie ludy mieszkają w regionie ark- tycznym Kanady i USA, a Inuici na ogromnym obszarze od Alaski aż po Grenlandię. Rdzenni mieszkań- cy przybywali stopniowo do Amery- ki, migrując z północno-wschodniej Azji od ostatniej epoki lodowcowej aż do czasów stosunkowo niezbyt odległych i stanowili prawdziwą mozaikę kultur. Różniło ich niemal wszystko: język, kultura, tradycja, stroje, a nawet wygląd zewnętrzny. Nie brakowało jednak wzajemnych kontaktów, plemiona prowadziły wojny lub handlowały ze sobą, a mi- tologia i wierzenia często wpływały na siebie i wzajemnie się przenika- ły. I choć nie istniała jedna kultura indiańska, możliwe jest wskazanie wielu uniwersalnych, wspólnych ele- mentów, takich jak m.in. niezwykle silny związek człowieka ze światem przyrody czy troska o losy ludzkości. Cywilizacje przed Kolumbem Przyzwyczailiśmy się do postrze- gania wszystkich Indian przez pry- zmat tych najbardziej nam znanych, takich jak Apacze, Siuksowie czy Iro- kezi. Tymczasem historia ludów tu- bylczych jest dużo bardziej skompli- kowana i fascynująca, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. Najbardziej złożone społeczno- ści rozwijały się jeszcze długo przed przybyciem Kolumba do Amery- ki, a niektóre z nich były o krok od stworzenia państw. Okres rozwoju i boomu kulturowego rozpoczął się jeszcze przed naszą erą, wraz z poja- wieniem się zaawansowanego rol- nictwa – w tym tzw. trzech sióstr: ku- kurydzy, dyni i fasoli – oraz sztucz- nej irygacji i ogromnych kanałów nawadniających (do 20–30 km dłu- gości), budowanych na pustyniach Arizony i Kolorado. Wiele później- szych znanych nam plemion było potomkami tych rozwiniętych kul- tur z okresu prekolumbijskiego. Społeczności, które wykształciły się na terenach Południowego Za- chodu, to m.in. kultury Pueblo, Ho- hokam, Mimbres i Casas Grandes; duży udział w ich rozkwicie miały kontakty z cywilizacjami Azteków i Majów z Meksyku, skąd przyszło rolnictwo oraz inne zdobycze kul- turowe. Ludy te mieszkały w ogrom- nych osadach-miastach (pueblo) i zajmowały się m.in. tworzeniem pięknej biżuterii, ceramiki czy sztu- ki naskalnej. Duża część potomków starożytnej kultury Pueblo żyje nie- przerwanie w osadach założonych przez ich przodków w XIII i XIV w. (np. Oraibi i Walpi u Hopi w Arizo- nie lub Acoma w Nowym Meksyku). Są to więc najstarsze ciągle zamiesz- kane osady w Ameryce Północnej. Jeszcze bardziej złożone organi- zmy stworzyły kultury ze wscho- du Ameryki Północnej, w tym naj- ważniejsza z nich, kultura Missisipi, zwana też kulturą budowniczych kopców świątynnych – tamtejsza ludność budowała ogromne pirami- dalne kopce ziemne, na których stały domostwa wodzów oraz drewnia- ne świątynie. Największy ośrodek (protomiasto) tej kultury to Cahokia Mounds, położony obok dzisiejsze- go St. Louis; w XIII w. n.e. zamiesz- kiwało go aż 45 tys. Indian. XVIII- -wieczna Filadelfa dopiero zbliżała się do osiągnięcia tej liczby ludności. Stopniowo wielkie kultury, właś- ciwie wręcz cywilizacje indiańskie zaczęły chylić się ku upadkowi. Tyl- ko częściowo można oskarżać o to białych Europejczyków, którzy poja- wiali się na tych terenach od XVI w. Kryzys niektórych społeczności in- diańskich rozpoczął się bowiem już 200 i 300 lat wcześniej wraz ze zmia- nami klimatu i środowiska natural- nego. Katastrofy naturalne spowo- dowały napięcia i konflikty spo- łeczne, co doprowadziło z kolei do walk i wojen pomiędzy tubylczymi ludami. Doszła do tego degradacja środowiska przez samych Indian – wiązało się to m.in. z intensywnym rolnictwem i wyjałowieniem gleby. Okres, w którym Europejczycy po- jawili się na kontynencie amery- kańskim, to kompletna zmiana kul- turowa, przetasowanie i wreszcie – regres. Powstało wówczas dużo no- wych plemion, czasem korzeniami sięgających dawnych wielkich trady- cji i kultur. Znane nam z literatury plemiona koczowników polujących na bizony na równinach to zupełnie inny indiański świat. Najbardziej fascynujące i zadzi- wiające (również dla mnie, archeolo- ga badającego przeszłość indiańską) jest to, że niektóre z tych kultur zdo- łały przetrwać zmiany środowiska naturalnego oraz inwazję europej- skich i amerykańskich osadników, funkcjonując świetnie do dzisiaj, chroniąc swoje tradycje i wciąż je żywo kultywując. Takim przykła- dem mogą być chociażby Indianie ze społeczności Pueblo z Południowe- go Zachodu, którzy są potomkami starożytnej kultury Pueblo. Jest ich dzisiaj kilkadziesiąt tysięcy, miesz- kają głównie w rezerwatach w Arizo- nie i Nowym Meksyku, dzieląc się na 20 różnych grup, które mówią cztere- ma językami, tak różniącymi się od siebie jak polski i angielski. Z jedną z tych grup, Indianami Hopi, współ- pracujemy w ramach projektu ba- dawczego, który prowadzę z ramie- nia Instytutu Archeologii UJ. Bada- my starożytne osady z XII i XIII w., wybudowane m.in. przez przodków Hopi w kanionach południowo- -zachodniej części stanu Kolorado. Wciąż żywa tradycja Hopi, konsultujący i wyjaśniający nam znaczenie starożytnej architek- tury kamiennej oraz sztuki naskalnej „Jak by je tu zrobić?” – myślał. Najpierw postanowił zbudować horno – piec. Potem wziął trochę gliny, z której uformował istotę podobną do siebie. Ale w okolicy kręcił się Kojot. Kojot zawsze gdzieś się kręci. I kiedy Czarow- nik, który był Stwórcą, oddalił się na chwilę w poszukiwaniu drewna do pie- ca, Kojot szybko pozmieniał to, co ule- pił Czarownik. Stwórca rozniecił ogień w horno i włożył do środka glinianą f- gurę, nie przyglądając się jej zbyt do- kładnie. Po jakimś czasie Czarownik powie- dział: – Chyba jest gotowy. – Wyjął z pieca fgurę i dmuchnął na nią, a jego oddech dał jej życie. – Dlaczego nie wstajesz? – zapytał po chwili Czarownik. – Co się z tobą dzieje? W odpowiedzi stworzenie warknęło i zamerdało ogonem. – Aha, widzę, że Kojot mnie przechy- trzył – powiedział Czarownik. – Kojot zmienił moje stworzenie w zwierzę ta- kie jak on sam. – I co w tym złego? – zapytał Kojot. – Dlaczegóż nie mielibyśmy mieć takich pięknych stworzeń, które radują moje oczy? – No nic, niech już tak zostanie, ale bardzo proszę, nie wtrącaj się więcej w moje sprawy. W ten sposób dziś mamy psy – to ro- bota Kojota. A Czarownik spróbował jeszcze raz. „Każde z tych stworzeń musi mieć to- warzysza – pomyślał. – Chyba muszę zro- bić ich więcej. Jedno to za mało”. Czarownik przystąpił do dzieła: ule- pił dwie istoty ludzkie, dokładnie takie same – bardzo podobne do niego same- go. „Coś mi tu nie pasuje. Co zrobiłem źle?” – zastanawiał się Stwórca, kiedy nagle spostrzegł swój błąd i wykrzyknął: – Aha! Tak nie może być! Jak się będą rozmnażać? Naciągnął więc nieco glinę między no- gami jednej z fgur i powiedział: – No, tak jest o wiele lepiej. A potem między nogami drugiej fgu- ry zrobił paznokciem niewielką kreskę. W pewne miejsca fgur włożył też trochę przyjemności. – Świetnie, o to chodziło. Teraz będą mogli już robić wszystko, co trzeba. – I z tymi słowami włożył obie gliniane f- gury do horno, aby je wypalić. – Już są gotowi – powiedział po jakimś czasie Kojot, więc Czarownik wyjął fgu- ry z pieca i tchnął w nie życie. – O nie! Coś jest nie tak! – krzyknął Czarownik. – Nie wypalili się dobrze, nie są jeszcze dość brązowi. To nie jest ich miejsce! Ich miejsce jest tam, za wodą. Dlaczego powiedziałeś, że są gotowi? Nic mi tu po nich! – wrzasnął Czarow- nik na Kojota. Więc Czarownik po raz trzeci zabrał się do lepienia fgur. Przygotował parę, taką jak ta poprzednia, i włożył ją do pie- ca. Po jakimś czasie powiedział: – No, myślę, że teraz są już gotowi. – Nie, jeszcze nie są – odparł Kojot. – Chyba nie chcesz, żeby znowu wyszli Fragment książki Richarda Erdoesa i Alfonsa Ortiza Mity i legendy Indian Ameryki Pólnocnej, cz. 1, tłum. Agata Świerzowska (Wydawnictwo Alter, Kraków 2012). istoria Ameryki nie zaczyna się wcale wtedy, gdy Krzysztof Kolumb przybył do Nowego Świata, ale swoimi korzeniami sięga dużo głębiej. Od tego momentu jednak Indianie po- jawiają się w świa- domości Europej- czyków i zaczyna się ich walka o prze- trwanie, ale i swego rodzaju kariera, jako „szlachetnych dziku- sów”. Przyzwyczai- liśmy się także do traktowania wszyst- kich Indian przez pryzmat dzielnych Apaczów i Siuksów, romantycznych wo- jowników poma- lowanych w barwy wojenne. Tymczasem prawda jest dużo ciekawsza i niesamowicie zło- żona. Musimy przede wszystkim pa- miętać, że tubylcza ludność Ameryki nigdy nie stanowiła jednorodnej gru- py. Podobnie jak wówczas, gdy Ko- lumb przybył do Nowego Świata, tak i teraz po stuleciach trudnej historii Indianie dzielą się na wiele plemion, rodów i grup językowych. Przyjmuje się, że w momencie dotarcia Europej- czyków do Ameryki Północnej żyło tam przynajmniej kilka milionów jej rdzennych mieszkańców. Dziś ich liczba ponownie zbliża się do tej wartości: dane ze spisu powszechne- go z 2010 r. (mogą być mocno niedo- szacowane) mówią, że w samych Sta- nach Zjednoczonych mieszka 5,2 mln osób pochodzenia tubylczego, w tym